"Tajemnica szkoły dla panien" - rozwiązanie konkursu

Bardzo dziękuję za udział w konkursie. Dostałam od Was mnóstwo inspirujących wiadomości i miałam ogromny problem z wybraniem tylko pięciu. Jak zwykle wykazałyście się niesamowitą pomysłowością.
Decyzja była naprawdę niełatwa, a egzemplarze powieści "Tajemnica szkoły dla panien" powędrują do autorek/ów poniższych wiadomości. Postanowiłam podzielić się z Wami odpowiedziami, które otrzymałam.
                                                     Marianna Paszkowska




Szalone lata dwudzieste, czyli co by było gdybym...
Gdybym mogła zadecydować gdzie mogę mieszkać w latach 20. XX wieku wybrałabym Paryż. Do tego miasta ściągali artyści oraz projektanci mody, a ponieważ interesuję się sztuką oraz modą, wybrałabym właśnie Paryż. Spróbowałam wyobrazić sobie jakby wyglądało tam moje życie, po drodze znajdując dodatkowe argumenty przemawiające dla mnie na korzyść tej istnej mekki artystów...Po wojnie za mało kawalerów i za dużo zmian, dlatego nie miałabym najmniejszego zamiaru czekać grzecznie na jakiegoś kandydata. Dla mnie to byłyby les Années folles – szalone lata dwudzieste. Wziąwszy sprawy w swoje ręce, marząc o wielkiej sztuce, zostałabym modelką – trzeba przecież jakoś zarobić na swoje utrzymanie, poznać artystyczny światek, rozmaite teorie i sekrety sztuki. Tak! Być czyjąś muzą, pięknie wyglądać, no i pozwolić sobie można na więcej swobody. Muszę przyznać, że już samo przebywanie w gronie artystów byłoby dla mnie satysfakcjonujące. Takie osobowości jak słynny już wtedy twórca kubizmu – Picasso, czy imigrant z Ameryki, zdumiewający surrealista fotografik – Man Ray, albo też biedujący, ale wspaniały Marc Chagall. Pozowałabym początkowo pewnie w którejś pracowni znajdującej się w tzw. La Ruche, co znaczy ul. Nazwa adekwatna, gdyż pozostały po wystawie światowej w 1900 r. budynek bardziej przypomina pszczele lokum aniżeli typową paryską kamienicę. Gdy do celów wystawienniczych nie był już potrzebny, został przeznaczony na tanie pracownie dla artystów. Jedną z pracowni wynajmował nawet nasz niezwykle utalentowany rodak Tadeusz Makowski, chociaż szanse spotkania go
na korytarzu miałabym raczej nikłe, gdyż był mało towarzyski i rzadko wychodził. Tanie pracownie w la Ruche miały swój duży minus, były nieogrzewane... ale nic tak nie rozgrzewa jak filiżanka dobrej kawy.
Kawiarnią którą z ochotą bym odwiedzała byłaby Les Deux Magots. Tutaj często słychać było deklamacje wierszy, awantury i rozmaite dyskusje, nic dziwnego jeśli wziąć pod uwagę, jak wielu artystów i myślicieli odwiedzało to miejsce. Kawiarnia mieści się do dzisiaj pod numerem 6, Place Saint-Germain des Prés. Gdybym razem z towarzystwem chciała coś zjeść, pewnie chętnie przychodziłabym
do restauracji Le Closerie des Lilas która znajduje się na Montparnasse (171 Bld Montparnasse) – w latach 20. była to dzielnica artystów. Restauracja musiała być szalenie przyjemnym miejscem, skoro Ernest Hemingway napisał tu kilka rozdziałów powieści Słońce też wschodzi. Często bywał tam, wtedy już słynny i bogacący się, Picasso. Podobno czasem szkicował na obrusach. Znana jest anegdota jakoby kiedyś właściciel lokalu poprosił artystę o podpis pod rysunkiem a ten miał odpowiedzieć: "płacę za
posiłek, nie kupuję całego lokalu". Picasso był nietuzinkowym artystą, chciałabym go poznać, doświadczyć jego niezwykłej energii i dać się ujarzmić tej niebezpiecznej osobowości. Może Pablo namalowałby mój portret – i wcale nie przeszkadzałoby mi hipotetyczne ucho w policzku. Mógłby mnie
wprowadzić do salonu Gertrudy Stein, tam poznałabym Matissa, Appolinaire, Ernesta Hemingway'a czy małżeństwo Fitzgeraldów. Oczywiście mało który wieczór obyłyby się bez szalonych tańców w rytmie mojego ukochanego jazzu. Zawrotne rytmy, swobodne kreacje w stylu flapper, przepełnione sale
dansingowe, czasem spadające z balkonów konfetti, szaleństwo! Gdybym miała ochotę na bardziej wyrafinowaną rozrywkę mogłabym udać się na jedne z ostatnich przedstawień Diagileva – cudownych, nowoczesnych baletów. Jakie piękne kostiumy mieli! Zobaczyć je noszone przez artystów w ruchu.. Gdybym chciała czegoś frywolnego, mogłabym pójść na występ Josephine Baker. Zobaczyć ją tańczącą, jej cudowne kreacje, choreografie nasycone egzotyką, pasją, radością i wolnością lub chociażby minąć ją kiedyś na ulicy gdy przechadza się ze swoim gepardem albo powozi ekscentrycznym powozem zaprzężonym w strusie. Chciałabym też poznać barwną muzę surrealistów – Kiki de Montparnasse. Nie byłoby to trudne, gdyż Kiki ubarwiała swoją osobą niemalże każdą zabawę na Montparnassie. Była niezwykle towarzyska, uwielbiała się bawić do białego rana, zazwyczaj nie przejmowała się dobrym wychowaniem, od przyzwoitości wręcz stroniła. Bawiła często w pierwszym otwartym na Montparnassie nocnym klubie Le Jockey. Podobno śpiewała obsceniczne piosenki i śmiało wywijała kankana na blacie stołu nie przejmując się zupełnie brakiem bielizny… Nie mniej jej kontrowersyjne występy były elektryzujące – takiej atrakcji nie mogłabym przegapić. Poza tym, była sławną i ubóstwianą modelką, może byłaby moją zwariowaną koleżanką? Mam jednak nadzieję, że szybko przeniosłabym się za drugą stronę sztalugi i została słynną malarką. Może tworzącą pod męskim pseudonimem? Wtedy łatwiej byłoby mi zarobić na piękne garderoby i oczywiście Chanel No. 5, po które chętnie udawałabym się
na Rue Cambon. Chociaż były i artystki którym się udało zaistnieć bez uciekania się do kamuflażu - np. Meret Oppenheim, ale to było w następnej dekadzie, więc historia na inną okazję. To cudowne jak wtedy w Paryżu świat najwybitniejszych artystów przenikał się ze światem projektantów mody. Wszelakie nowe kierunki w malarstwie inspirowały projektantów i odwrotnie, dzięki czemu powstawały piękne dzieła. Chciałabym to zobaczyć. Tak! Zdecydowanie wybrałabym Paryż! Paryż ze względu na ludzi, Paryż ze względu na sztukę i Paryż, bo cudownie byłoby dać się zwariować właśnie tam, w szalonych latach 20. XX wieku. Czekam na wehikuł czasu!

                                                           Krystyna Mira

Zdecydowanie wybrałabym Chicago, ze względu na: nocne życie, gangsterów, al Capone, cygara, muzykę, taniec, wyborne alkohole.

Zuzanna Cieśla-Skrzypulec 


        Gdybym miała możliwość zamieszkania w dowolnym miejscu w latach 20 XX wieku, daleko bym się nie przeniosła, bo mieszkałabym dalej w Bytomiu. Dzisiejszy Bytom to miasto zniszczone, borykające się w wieloma problemami, ale w latach 20...
W latach 20 mój pradziadek marzył o tym, aby kupić kamienicę na Breite Stasse. A samo miasto było piękne - budynek dzisiejszej opery, a niegdyś teatru zachwycał na Keiserplatz, hotele na Banhofstrasse również przyciągały uwagę, a na Kaiser-Franz-Josef-Platz reklamował się dom handlowy braci Barasch. 
Tak, niby miejsce to samo, ale jednak Beuthen lat 20 to miasto magiczne, bo znam je nie tylko ze starych pocztówek, ale również z opowiadań tych, którzy je pamiętali, a mnie dane było tych historii wysłuchać.

                                                                   Vintage Mind  


    Miasto muzyki.         

Brukowane ulice schodzące się w urokliwe skwery, majestatyczny uniwersytet i niesamowita atmosfera. Miasto grające i śpiewające. Miasto wielu narodowości. Lwów. Moje wymarzone miejsce na życie w latach 20. XX wieku.
            Myślę ze Lwów to miasto zagadka. Przykład upadłej potęgi. W latach 20, lwowskie uliczki pełne były ludzi. Na ulicy toczyło się życie, tutaj spotykano się ze znajomymi, umawiano na wieczorne pogawędki przy herbacie lub częściej czymś mocniejszym, tutaj robiono zakupy. Temu wszystkiemu towarzyszyła niesamowita muzyka, gdyż grajkowie stali niemal na każdym rogu. Warto zaznaczyć że w przedwojennym Lwowie (wg wspomnień ówczesnych mieszkańców) funkcjonowało kilka uczelni muzycznych, dzięki którym miasto to nabrało mocno muzykalnego charakteru. Gwar rozmów przeplatający się z nutami klasycznych utworów oraz przyśpiewkami okolicznych kloszardów sprawiał że Lwów otaczała niezwykła atmosfera.
Zachwyca mnie także obecność Uniwersytetu Lwowskiego, który kilkakrotnie zmieniał swoją nazwę i siedzibę. Nie można jednak przejść obojętnie obok uczelni założonej w XVII wieku przez Jana Kazimierza. Posiadanie tak znamienitej uczelni jest prestiżem, którego Lwów doświadczył i którym się szczycił.
Bardzo charakterystyczne dla tej kresowej miejscowości było przenikanie się kultur w sposób tak przyjazny i bezkonfliktowy że zasługuje to na podziw. Wiele narodowości w jednym mieście, żyje ze sobą w zgodzie, wspiera się, razem świętuje i razem płacze.
Lwowskie Orlęta są kolejnym powodem dla którego nie pogardziłabym możliwością przeniesienia się w latach 20. XX wieku do Lwowa. Poświęcenie i zaangażowanie są naprawdę godne podziwu, dają nadzieje i poczucie dumy.
            Kresy to bardzo inspirujące i owiane tajemnicą tereny. Lwów (oraz Wilno) uważam za najbardziej inspirujące i pociągające. Oczyma wyobraźni widzę siebie idącą z wiklinowym koszem na zakupy, ubraną w epokowy strój. Widzę siebie wtopioną w ten cudny obrazek lwowskiej grającej i śpiewającej ulicy przepełnionej gwarem życzliwych pogawędek. To mój raj.

                                                     Magdalena Muszalska    


     GREENWICH VILLAGE, gdzie spędziłabym czas szukając śladów i duchów artystów, którzy od w tym okresie upodobali sobie tę urokliwą część Manhattanu.
Oczami wyobraźni widzę tworzę swoją historię osnutą dymem z papierosa, wśród artystów i gangsterów, w szalonych czasach prohibicji. Kolorytu i tempa nadaje jej ragtime a osobliwej nostalgii - miejski krajobraz znany mi z ulubionych kadrów „Ojca chrzestnego” oraz Allenowskich "Strzał na Broadwayu".
Ach… zajrzeć do słynnego Cotton Clubu  na Broadway i odnaleźć choć cząstkę tej magii, którą chłonęła skupiona tam bohema …
Ktoś powie, że przecież to czas prohibicji i lejącego się pokrętnymi kanałami alkoholu. Odpowiem – Tak – ale to też czas wielkiej rewolucji, związanej z wejściem czarnoskórych mieszkańców Ameryki na salony (w końcu!), ale przede wszystkim na jazzowe sceny, co bardzo sprzyjało jej rozwojowi.  To właśnie Cotton Club był jednym z tych miejsc, gdzie czarni artyści mogli być podziwiani i gdzie zdobywali sławę. zasiąść wieczorową porą w klubie i poddać się magii szalonych improwizacji Duka Ellingtona, czy Connie’s Inn. Muzyka, sztuka, teatr i literatura – zyskiwały w tym czasie znaczenie i wagę – zarówno w samym Greenwich Village, jaki w Harlemie
W tym miejscu i w tych tworzył np. wielki Scott Fitzgerald, a na salonach błyszczała jego żona Zelda. To początki Hollywood, wielkich koncernów prasowych. To początek nowoczesnej Ameryki. Cudownie by było być cząsteczką tej historii –być jej obserwatorem :) p.s. GREENWICH VILLAGE też z innego (bardziej osobistego powodu): pierwszy raz usłyszałam o tej dzielnicy za sprawą kultowego w USA filmu "Papież z Greenwich Village" z parą moich ulubionych aktorów, E. Robertsem i M. Rourke. Recenzenci podkreślali mistrzostwo tego duetu i istniejącą między nimi chemię – ja wyczułam coś w tym rodzaju odnośnie jednego z tych panów – i tak mi pozostało do dziś.


No comments:

Post a Comment